Niedoczynność tarczycy a nadwaga

Problem wagi a raczej nadwagi interesuje mnie szczególnie, a to dlatego, że jakoś nie mogę pogodzić się z tym, by pani nastrojów zmieniała wyraźnie moją fizyczność. Tak czy inaczej zmienia, ale wcale nie muszę jej na to pozwalać i nie chcę pozwolić tym bardziej, że będąc lżejszą lżej się czuję, lepiej funkcjonuję, łatwiej mi ze sobą wytrzymać i łatwiej nad sobą panować. Niedoczynność tarczycy powoduje przybieranie na wadze i utrudnia odchudzanie. To pewne, pewne jest więc również i to, że trzeba leczyć tę chorobę by takie zjawiska wyeliminować. Z drugiej strony jednak za naszą nadwagę mogą odpowiadać i inne rozregulowane mechanizmy. Jakie?
Sporo czytałam ostatnio na ten temat i postanowiłam znowu poeksperymentować pod kątem diety co oczywiście nie jest łatwe, bo trudno ot tak sobie odkryć wszystkie zależności, które rządzą organizmem, nawet jeśli jest to mój własny organizm. Oto co trzeba mieć na uwadze:

Hormony, hormony i jeszcze raz hormony

Co ciekawe hormony tarczycy akurat w tym przypadku wcale nie są tymi najważniejszymi. Owszem ich niedobór wpływa na taką a nie inną przyswajalność i przetwarzalność pokarmów, ale w gruncie rzeczy naszym metabolizmem i wszystkimi innymi przemianami zawiaduje co najmniej kilka innych hormonów, a kortyzol, insulina i leptyna odgrywają ostatnimi czasy rolę najważniejszą.

O co chodzi z tym kortyzolem?

Pewnie doskonale wiecie, że to hormon stresu. Kiedyś wytwarzaliśmy go zazwyczaj w takich sytuacjach, w których aktywność związana z zagrożeniem wskutek którego w organizmie pojawiał się kortyzol pozwalała ten hormon neutralizować (powiedziałabym, że np. na skutek ucieczki, walki albo w trakcie leczenia odniesionych ran kortyzol się zużywał i nie oddziaływał jakoś szczególnie ani tym bardziej długofalowo na całe ciało). Dziś tak się nie dzieje, bo nie ma ku temu odpowiednich warunków. Cóż, odczuwając stres można by rzucić się na przykład do ucieczki, ale byłoby to co najmniej dziwaczne zachowanie, zresztą do produkcji kortyzolu przyczyniamy się ponoć i my sami, a dzieje się tak dzięki głodówkom i morderczym ćwiczeniom (po 2h aerobów dziennie? litości! wierzcie mi znam osoby, które się tak katują), które organizm odbiera jako zagrożenie. No dobra, ale co z tego? To, że kortyzol blokuje spalanie tłuszczu, a nawet sprawia iż kolejne jego pokłady odkładają się na brzuchu. W prostej linii głupie diety i nadmiar intensywnych ćwiczeń mogą więc prowadzić do otyłości.

Co ma do tego insulina?

Jak zapewne wiecie insulina wytwarzana jest przez trzustkę. Sygnał niezbędny do jej wytworzenia wysyła glukoza, a właściwie wzrost stężenia glukozy we krwi do którego dochodzi do posiłku. Insulina jest niejako dysponentem składników odżywczych dostarczanych wraz z posiłkiem, a nasz problem tkwi w tym, że coraz częściej zapadamy na tzw. insulinoodporność, która sprowadza się do tego, że prawidłowe działanie insuliny zostaje zablokowane, hormon przestaje rozdysponowywać składniki odżywcze wg normalnego rozdzielnika, a generowane przezeń sygnały skłaniają organizm raczej do upychania tych składników w podskórnej tkance tłuszczowej. Insulinoodporność odpowiada przy okazji za sporo chorób. Gospodarkę insulinową można jednak lekko wyregulować i to całkiem naturalnie, bo przy pomocy diety – najprostszy chwyt zmienić dietę na niskowęglowodanową i sytuacja powinna wrócić do normy.

Kolejny hormon: leptyna

Leptyna bezpośrednio wpływa na poziom tkanki tłuszczowej, z drugiej zaś strony jest ona przez tę tkankę wytwarzana. Im więcej leptyny w organizmie tym mniejsze skłonności organizmu do oszczędzania i zmieniania składników odżywczych w podskórny tłuszczyk. Gdy poziom leptyny drastycznie spada organizm zaczyna oszczędzać i pobudza apetyt. Rozwiązaniem i w tym przypadku wydaje się dieta niskowęglowodanowa, ale i to do czasu. Korelacji tych nie jestem w stanie przedstawić na tyle obrazowo i jasno, że raczej się tego nie podejmę, w każdym razie z chwilą, w której dojdzie do spadku poziomu leptyny i organizm zacznie oszczędzać można posłużyć się pewnymi roślinami zwierającymi enzymy umożliwiające pokonanie bariery odchudzania – bo tak właśnie nazywa się to zjawisko.

Reasumując: aktualnie przestawiam się na dietę nieskowęglowodanową, a co będzie dalej… zobaczymy :-) . Jeśli macie jakieś własne doświadczenia w tym względzie (skutecznego panowania nad wagą bądź odchudzania) namawiam do podzielenia się nimi w komentarzach.

Zawodna medycyna

Nie wiem jak wy, ale ja ostatnio irytuję się coraz bardziej. Idąc do lekarza spodziewam się najlepszej możliwej pomocy, ale pomocy tej nie uzyskuję, bo lekarz od razu uprzedza mnie, że będziemy dobierać lek i dawkę toteż wcale nie mogę spodziewać się szybkiej poprawy mojego stanu. Gdy pytam o jakieś dodatkowe elementy kuracji (niekoniecznie medykamenty) lekarz uśmiecha się z przekąsem twierdząc żebym dała sobie spokój, czyli jak? Mam czekać na cud i na to, że w końcu uda się ustawić dawkę leku na odpowiednim poziomie? Ile to potrwa? Biorąc pod uwagę fakt, że dostęp do endokrynologa finansowanego przez NFZ jest trudny jak wszyscy diabli mogę umrzeć wciąż czując się podle. Dlaczego w takim razie wszystkie inne podejmowane przeze mnie działania są deprecjonowane? Po to bym nabijała kasę lekarzom chodząc na wizyty prywatne? Owszem, czasem to robię ale robiłabym chętniej gdyby w końcu pojawiły się u nas jakieś przyzwoite ubezpieczenia zdrowotne z prawdziwego zdarzenia przeznaczone dla zwykłych śmiertelników, a nie dla pracowników korporacji, które mogą sobie na to pozwolić. Czasem irytuje mnie to wszystko i to bardzo, ale mimo to się nie poddaję i nie czekam na medyczne cuda, które nie nastąpią, staram się wypróbowywać wszystko (w miarę możliwości) co może mi pomóc toteż na bieżąco śledzę też wszystkie podejrzane (z medycznego czy też czysto naukowego punktu widzenia) strony internetowe.

Pozwolicie, że jeszcze ponarzekam?

Trafiłam ostatnio na coś nowego. Brzmi wspaniale (po angielsku): naturalne rozwiązania dla osób chorych na Graves’a i inne choroby tarczycy (brzmi tak właśnie lub bardzo podobnie). Zapowiada się nieźle, bo pierwszy artykuł na jaki trafiam brzmi bardzo sensownie, ale idę dalej zagłębiając się w lekturę i co widzę… stronę stronę stworzono najwyraźniej po to by sprzedawać jakieś publikacje, kursy czy coś takiego. Wygląda na stronę podobną do strony Mary Shomon, która w pewnym sensie była dla mnie epokowym odkryciem, a okazała się artylerią marketingową mającą poprawić sprzedaż książki. Wkurza mnie to wszystko. Owszem, nie liczę na to, że ktoś za darmo będzie dzielić się ze mną swoją wiedzą, ale czy to powód by zarabiać na czyjejś chorobie? Czyż zamiast wciskania mi kitu w postaci ogólników, które równie dobrze znajdę gdzieś w wikipedii, albo na podobnych jej stronach nie można byłoby „sprzedać” w promocji (tj. za darmo) kilku naprawdę fajnych informacji zamiast powtarzania bzdetów które znajdę gdzie indziej?
Rety, oni wszyscy są tacy doskonali i wszystko wiedzą, problem jedynie w tym, że tak naprawdę nie wiedzą niczego, a cała ich mądrość prezentowana publicznie i w pseudo-poradnikach sprowadza się często do takich ogólników, że aż przykro je czytać.

Przepraszam. Sama nie jestem doskonała, ale jak już chyba pisałam blog jest dla mnie osobiście (pomijam inne publikujące tu gościnnie osoby) formą kuracji i formą rozmowy samej z sobą i z wami poniekąd też (to oczywiste) dlatego dziś musiałam ponarzekać, a narzekam tym chętniej, że powoli przestaję wierzyć tzw. nauce i tzw. naukowcom, spośród których gros skupia się jedynie na badaniach, które umożliwiają im uzyskanie dużych profitów i, co gorsza, są w stanie robić te badania na odwal się tj. tak by uzyskane wyniki były korzystne dla dysponentów przyznawanych im finansów. Człowiek tak czy inaczej pozostaje sam ze swoim problemem, ale zanim się o tym przekona musi wchłonąć ogromne ilości pseudo-naukowej i jeszcze większe ilości marketingowej papki.

Tarczyca, hashimoto, hoodia

„Mam pytanie czy można stosować Hoodia Gordonii przy niedoczynności tarczycy. Mam chorobę Hashimoto. Nie pomagaja mi żadne diety i trafiłam na artykuł o hoodii. Która hoodia byłaby najlepsza bo czytałam że są różne” – pytanie Renaty.

Zauważyłam, że post o Hoodii wzbudził spore zainteresowanie, ja osobiście, jak pisałam, mam mieszane uczucia w stosunku do wszelkich wspomagaczy odchudzania, bo jak wiadomo w przypadku chorób tarczycy trudno raczej o wskazanie prostego przełożenia: to działa a tamto nie, ale jeśli to nadmierny apetyt i niemożność ograniczenia ilości spożywanego pożywienia są największym problemem Hoodia wydaje się naprawdę dobrym rozwiązaniem. Pytałam o nią lekarza i paru znajomych zawodowo związanych z medycyną i dietetyką i niestety muszę stwierdzić, że zdania „uczonych” są podzielone. Tzn. nie uzyskałam jednoznacznej odpowiedzi na pytanie zasadnicze „pomaga czy też nie?”, ale na drugie zasadnicze pytanie „czy aby nie szkodzi?” odpowiedziano mi, że niemal na pewno nie, a takie postawienie sprawy skłania mnie jednak ku przekonaniu, że spróbować można, bo przecież nawet jeśli nie pomoże to na pewno nie zaszkodzi :-) . O moich eksperymentach napiszę nieco później, daję sobie jeszcze miesiąc na dorywcze testowanie specyfików wszelakich, a tymczasem parę słów do Renaty, która zapytała mnie ostatnio, czy stosowanie Hoodii w Hashimoto ma sens, czy nie szkodzi i czy skład suplementów ma w tym przypadku jakieś znaczenie (pełna treść pytania nad postem, kursywą).
Od razu zastrzegam, że nie jestem endokrynologiem i nie udzielam fachowych porad – to byłoby nieodpowiedzialne i głupie, z każdym medycznym problemem zawsze trzeba zwrócić się do lekarza i chociaż poziom kompetencji lekarzy bywa bardzo różny w środowisku medycznym jest naprawdę sporo dobrych fachowców i to oni powinni rozwiewać wszelkie wątpliwości. Ja osobiście jestem po prostu ciekawa tematu, chcę wiedzieć i poszukuję informacji i w tym mogę pomóc. Jak już wspominałam nie spotkałam się jeszcze z żadnymi zastrzeżeniami odnośnie stosowania Hoodii u osób z niedoczynnością tarczycy, zresztą na anglojęzycznych stronach stosunkowo często poleca się właśnie wyciągi z tego kaktusa. Lekarze albo o Hoodii nie słyszeli (to raczej domena dietetyków), albo z pewną pobłażliwością stwierdzają, że nawet jeśli komuś nie pomoże to raczej nie powinna zaszkodzić. Z tego co wiem Hoodia nie wchodzi w interakcje z lekami, a ponieważ przy Hashimoto (i wywołanej tą chorobą niedoczynności tarczycy) stosowane jest standardowe leczenie nie powinno być przeciwwskazań co do stosowania Hoodii.
Jeśli chodzi o preparaty z Hoodią to w zasadzie ich skład (tj. obecne w suplementach dodatki) nie powinien mieć znaczenia. Trzeba jedynie zwrócić uwagę na to, czy suplement jest oryginalny (swego czasu głośno było o falsyfikatach tj. suplementach, które Hoodię Gordonii miały jedynie w nazwie) i czy aby na pewno zawiera wyciąg z kaktusa Hoodia Gordonii (ten drugi człon jest ważny), bo roślinek o nazwie Hoodii jest wiele, a Hoodia Gordonii jedna, na dodatek pod ochroną, to dlatego suplementy są drogie.
Poniżej 2 linki do stron traktujących o Hoodii Gordonii w kontekście problemów z nadwagą spowodowanych niedoczynnością tarczycy:

- Hoodia na thyroid.about.com

- odpowiedź na pytanie o Hoodię na poradnia.com (nie wiem jednak na ile poważnie można traktować tę stronę tj. nie wiem jak zweryfikować czy to faktycznie lekarze odpowiadają na pytania).

Śpiąca królewno obudź się…

Zainspirowana artykułem zamieszonym w jednym z numerów Wysokich Obcasów postanowiłam poszukać sposobów na ospałość (tekst znajdziecie >>> tutaj). Jakoś trzeba sobie z nią radzić i przypuszczam, że każda osoba z chorą tarczycą ma swoje sposoby na ospałość i inne nieprzyjemne objawy. Gdzie się udałam przede wszystkim? Oczywiście na stronę Mary Shomon, by sprawdzić co radzi nam tarczycowe guru z Ameryki. I wiecie co? Przede wszystkim rzuciła mi się w oczy pewna oczywistość. Mianowicie okazuje się, że czasem problem ospałości może być kwestią niewyspania!

Śpij ile chcesz

Ja osobiście od dawna już nie zarywam nocy, więc kwestia niewyspania raczej mnie nie dotyczy, ale być może niektórzy z was sypiają źle, albo zbyt mało co jest w zasadzie normą w dzisiejszych czasach. Faktem jest, że potrzebujemy różnych ilości czasu by się wyspać, ale uśredniając przyjmijmy, że jest to ok. ośmiu godzin, czy śpicie tyle, czy może zdarza wam się niedosypiać tj. spać po sześć godzin czekając na weekend by w końcu odespać zaległości? Tyle, że tak się przecież nie da. Tak jak nie można wyspać się na zapas tak samo nie można zrekompensować sobie braku snu z kilku dni. To niestety w ten sposób nie działa.

Jeszcze jedna ważna informacja: chorobom tarczycy może towarzyszyć chrapanie i bezdech. Jeśli zaobserwujecie u siebie te objawy wiedzcie, że to kolejny powód niewyspania. Bezdech i chrapanie zaburzają rytm snu i sam sen toteż i je, jeśli występują, warto podleczyć.

Ćwicz

Wśród rad, które znalazłam na stronie zabrakło mi jednego – większego nacisku na ćwiczenia, które zwiększają poziom energii życiowej i niechby to była jedynie bardzo statyczna joga ( o jodze hormonalnej wspominałam w jednym z wcześniejszych tekstów) po serii ćwiczeń będziemy przynajmniej lekko ożywione. Jak wyczytałam na stronie Charlesa Poliquina (kolejny guru – tym razem od kulturystyki naturalnej) poziom energii w ciągu dnia rośnie jeśli ćwiczeniom oddamy się z rana. Jednym słowem konieczne byłoby wygospodarowanie przynajmniej kilkunastu minut każdego ranka (po solidnie przespanej nocy) na to by dobudzić się i pobudzić ćwiczeniami na resztę dnia. Faktem jest, że się nie chce – a przełamanie lenistwa tj. ospałości, niechęci, czasem chandry czy wręcz depresji wydaje się graniczyć z cudem, ale zgodnie z pewną zasadą (jej nazwy niestety nie pamiętam) siedmiokrotne powtórzenie jakiejś czynności, czy też siedmiokrotne zmobilizowanie się do niej sprawia, że czynność ta staje się swego rodzaju nawykiem, do jej wykonania nie trzeba się już później jakoś specjalnie zmuszać. No cóż, proponuję poćwiczyć przez tydzień. Mnie, za pierwszym razem, się nie udało, teraz postanowiłam postarać się trochę bardziej. Zaczynam od jutrzejszego poranka. Może ktoś się przyłączy? :-) .

Suplementy

W zasadzie podstawą tak czy inaczej jest dobrze dobrane leczenie, ale wiadomo, że z tym akurat bywa sporo problemów. Mary Shomon radzi więc stosować suplementy. Wymienia wśród nich L-karnitynę, koenzym Q-10 i związek w skrócie nazywany NADH (treść artykułu >>> tutaj), który najogólniej rzecz ujmując jest swego rodzaju akceleratorem lub katalizatorem przemiany jedzenia w energię.

Energetyzujące herbaty

Szczególną rolę w tekście, do którego się odwołuję, przypisano herbacie z naciskiem na mate czyli gatunek herbaty. W tej chwili w sklepach herbacianych można kupić różne jej gatunki, więc dobór smaku herbaty do upodobań nie powinien być problemem. Ja ostatnio piję mate „Siła” czy jakoś tak (napis na opakowaniu lekko się rozmazał), ale szczerze … jakoś za tą herbatą nie przepadam i niespecjalnie mi smakuje mimo smakowych dodatków. Już wyżej postawiłabym czerwoną herbatę, choć MS o niej nie wspomina i łagodną herbatę zieloną. A co z kawą? MS ją odradza, ale ja stawiam i na kawę – kawę dobrą gatunkowo, mocną, bez dodatków ewentualnie z dodatkiem jakichś aromatycznych przypraw. Na pewien okres czasu, taka gorąca kawa, wypita w skupieniu, naprawdę stawia na nogi. Nie pijcie tylko jakichś lurowatych napojów kawopodobnych, bo one wyrządzają więcej szkody niż pożytku. O kawie piszę nie bez powodu – bo przyjęło się uważać ją za szkodliwą, ale pita z umiarem i naprawdę dobra gatunkowo nie szkodzi a wręcz może pomóc choćby jedynie w podładowaniu baterii, ale kawa zawiera też pewien mocny antyoksydant, który ponoć chroni nacje tradycyjnie pijące ten napar przed niektórymi chorobami. Ja tam w to wierzę, zresztą kawa naprawdę dobrze mi robi.

Na koniec jeszcze dodam, że gdy mnie osobiście łapie senność, a nie mogę sobie pozwolić na drzemkę staram się energetyzująco oddychać. Chyba najbardziej treściwe (instruktażowe, acz bez filozofii) opisy paru ćwiczeń oddechowych znajdziecie >>> tutaj.

Więcej pomysłów nie mam. Dodam jeszcze, że te same metody są też dobrym sposobem na uczucie chłodu. A jak Wy radzicie sobie z ospałością?

PS Z góry przepraszam za to, co w tej chwili dzieje się z komentarzami. Poprosiłam kolegę by mi to wszystko naprawił, bo komentarze via Facebook jakoś się poplątały, a na dodatek nie dostaję powiadomień, gdy się pojawiają.

Czy niedoczynność tarczycy skazuje nas na tycie?

Kilka dni temu otrzymałam od Pani Joanny e-mail, którego treść w zasadzie sprowadza się do pytania, czy przy niedoczynności tarczycy można uniknąć problemów z nadwagą.  Cytuję:

2 miesiące temu stwierdzono u mnie niedoczynność tarczycy tsh z 3.6 podskoczyło do 7.8 biorę eythyrox 50 wcześniej brałam 25..moje obawy i niepokój dotyczy tycia czy to prawda ze nie da się tego uniknąć??? Mój lekarz mówi że się nie tyje ale KAŻDE forum mówi że się TYJE…jak temu zapobiec? czy można temu zapobiec? Czy jestem królikiem doświadczalnym ? Dopóki nie ustalimy odpowiedniej dawki, proszę mnie nie odsyłać do lekarza prowadzącego bo to niewiele da…przytyłam 2 kilo ,jestem osoba dbającą o sylwetkę aktywną sportowa nie wyobrażam sobie przytycia:( dziękuję

Szczerze mówiąc ja i tak odesłałabym Panią do lekarza, bo kluczowe jest dobranie dawki leku, ale zanim tak się stanie tzn. zanim dawka zostanie dobrana też przecież można (i trzeba!) trochę powalczyć. Ja osobiście nie czuję się na tyle pewnie w tym temacie, by móc Pani wyczerpująco wyjaśnić jak z pomocą diety wyregulować metabolizm (i gospodarkę hormonalną)  dlatego poprosiłam o pomoc znajomego, któremu w kwestiach dietetycznych (i treningowych) ufam w pełni i bez zastrzeżeń.

Przekazuję „pałeczkę” Stefanowi i sukcesów życzę :-)

Anna

________________________________________________________

Witam serdecznie. Spróbuję w miarę posiadanej wiedzy wyjaśnić kilka rzeczy, co do których ma Pani wątpliwość. Zgadzam się, że euthyrox nie ma zbyt dobrej prasy pośród pacjentów. Choć objawy, o których sam czytałem nie dotyczą tycia, a raczej zaburzeń wzroku i słuchu prawdopodobnie o podłożu nerwowym.

Zajmijmy się jednak samym problemem tycia. W teorii przyjmuje się, że niedoczynność tarczycy powoduje otyłość jako jeden ze skutków ubocznych, zaś nadczynność nadmiernie wychudzenie. Skoro tak, to leki takie jak euthyrox poprawiające prace tarczycy powinny raczej przyczyniać się do spadku wagi. Zapewne tymi założeniami kierował się Pani lekarze twierdząc, że lek nie powoduje tycia.

Jest to tym bardziej zasadne, że lek zawiera syntetyczną lewotyroksynę, hormon przyspieszający przemianę materii. Wiadomo też, że im szybsza przemiana materii tym mniej tłuszczu organizm może odłożyć, a wręcz zaczyna go tracić. W naturze temu syntetykowi odpowiada tyroksyna.

Tyle w wielkim skrócie samej teorii. Daleki jestem od twierdzenia, że każdy lek zadziała dokładnie w przewidziany sposób na każdego kto go przyjmuje. Przyczyn jest wiele i nie będę teraz nad nimi się rozwodził.

Kluczowe pytanie, jakie należy w tym miejscu postawić to kwestia czego Pani przybyło 2 kg? Bynajmniej nie jest to takie oczywiste. Jako osoba aktywna i uprawiająca sport, być może po prostu nadbudowała Pani nieco tkanki mięśniowej. Do tej pory przy niskiej aktywności hormonów tarczycy mięśnie były niedożywione, teraz to się poprawiło i jeśli tak, to nie ma się czym martwić. Proszę pamiętać, że tycie oznacza obrastanie tłuszczem.

Wskazania wagi mogą być w tym wypadku bardzo mylące. Należałoby przeprowadzić dokładny pomiar fałd tłuszczowych i monitorować je przez jakiś czas. Czy tłuszczu przybywa czy nie.

To jedna możliwość. Inna jest taka, ze faktycznie przybyło tłuszczu. To będzie można stwierdzić po przeprowadzeniu kilku porównawczych pomiarów. Gdyby się okazało, że jednak przybywa tłuszczu wtedy znaczy to, że ten lek po prostu na Panią nie działa tak jak powinien. W tym wypadku należałoby skonsultować z lekarzem zmianę leku. Co więcej nastawać na to, bo niestety lekarze lubią przywiązywać się do własnych wskazań i uparcie przepisują leki mimo, iż pacjent wyraźnie twierdzi, że nie pomagają.

Na pewno pomocne byłoby także, gdyby Pani opisała mniej więcej swoją dietę. Wprawdzie w przypadku leków hormonalnych dieta i ćwiczenia nie stanowią wystarczającej przeciwwagi, ale jednak mogą pomóc. Warto się więc temu przyjrzeć bliżej.

Pozdrawiam

Stefan

Hoodia Gordonii – koniec problemów z nadwagą?

Z pewnym zdziwieniem przeczytałam ostatnio na stronie Mary Shomon (polecam ją osobom chcącym być w miarę na bieżąco z wszystkimi tarczycowymi nowinkami), że poleca ona Hoodię Gordonii jako rozwiązanie przynajmniej części problemów związanych z nadwagą. Wiadomo: w niedoczynności tarczycy to jeden z tych objawów, które znacząco wpływają na samopoczucie i wygląd (obniżając samoocenę, a zamiast do walki skłaniając do poddania się chorobie i towarzyszącym jej dolegliwościom). Dodatkowo jest to jeden z tych objawów, z którymi naprawdę trudno się uporać. Zapanowanie nad metabolizmem i pozbycie się zbędnych kilogramów u chorych na niedoczynność tarczycy wydaje się graniczyć z cudem, ale może wcale tak nie jest? Może rzeczywiście Hoodia jest jakimś rozwiązaniem?
Słyszeliście o niej? Jeśli nie – poniżej garść informacji.

Podstawowe dane o Hoodii

Roślinka ta rośnie w jednym miejscu na świecie – na pustyni Kalahari w Afryce Południowej. Tubylcy od wieków wykorzystują ją jako supresant łaknienia i pragnienia (swego rodzaju poskramiacz) w trakcie długich i wyczerpujących wędrówek w warunkach braku dostępu do wody i pożywienia. Od pewnego czasu Hoodia jest prawdziwym suplementacyjnym hitem -  jej kariera rozpoczęła się w Stanach, oczywiście w związku z bardzo entuzjastycznymi doniesieniami o tym, że stosując Hoodię można s’hood’nąć nawet dwa do trzech kilogramów tygodniowo i to bez żadnej dietetycznej męki. Takie działanie ma się nijak do zdrowego odchudzania, ale jeśli Hoodia faktycznie poskramia apetyt można sobie wyraźnie pomóc. Pytanie czy poskramia?

Działanie

Wyniki badań nad Hoodią nie są jednoznaczne. Wyodrębniono z niej co prawda enzym odpowiadający za oszukiwanie organizmu i „dawanie mu” złudnego poczucia sytości, ale kwestia jego działania wciąż wzbudza wiele kontrowersji w środowiskach naukowych, a z konkluzji, które najczęściej pojawiają się w podsumowaniach badań wynika, że „Hoodia wymaga kolejnych badań”. Wróćmy jednak do enzymu – enzym ten, oznaczony symbolem P57, działa następująco (tu przetłumaczony przeze mnie cytat z wywiadu udzielonego BBC przez doktora Richarda Dixeya specjalisty Phytopharm – firmy starającej się zsyntetyzować P57):

W mózgu znajduje się specyficzny obszar zwany podwzgórzem. W tej części mózgu są komórki nerwowe czułe na glukozę. Gdy jemy ilość cukru (i glukozy) we krwi wzrasta, a komórki nerwowe w podwzgórzu zaczynają „płonąć” dzięki czemu po pewnym czasie zaczynamy odczuwać sytość. Hoodia Gordonii zawiera molekuły, które są około 10 tys. razy aktywniejsze od glukozy. Gdy molekuły te dostaną się do podwzgórza sprawiają, że komórki nerwowe zaczynają „płonąć” w ten sam sposób jak wtedy, gdy jesteśmy syci. Dzieje się tak bez jedzenia, którego wcale nie chce się w związku z tym spożywać.

Z góry przepraszam za jakość tłumaczenia, oddałam sens i istotę wypowiedzi, ze stylem mogło być gorzej :-) .

Jeśli chodzi o skutki uboczne nie ma takowych. Przynajmniej ich nie zanotowano.

Podstawowe pytanie: czy warto?

Hoodia jest diabelnie droga, jest rośliną chronioną i pozyskanie jej do najtańszych nie należy. To dlatego farmaceuci starają się zsyntetyzować P57 – dzięki temu suplementacja może byłaby dostępniejsza, z drugiej strony… w ten sposób suplementacja straciłaby swą naturalność, a fakt, iż Hoodia jest czymś naturalnym przemawia (moim zdaniem) na jej korzyść.
Wiadomo jednak, że w przypadku niedoczynności tarczycy to nie nadmierny apetyt jest problemem. Problemem jest tempo przemian metabolicznych. Czy w takim razie stosowanie Hoodii ma sens czy nie ma?
Myślę sobie tak:

  • w zasadzie nie ma, bo przecież muszę pracować nad poprawą metabolizmu, czyli również jeść bardzo regularnie i starać się dobrze komponować dietę, ale…
  • jednak ma, bo mam napady obżarstwa, zwłaszcza wtedy, gdy mój nastrój leci na łeb na szyję, albo czuję się wymęczona i chce mi się spać – wtedy jem coś dla pobudzenia, a przy okazji pakuję w siebie zbędne kalorie rozpychając przy tym żołądek…ale…
  • raczej nie ma bo powinnam nad tymi zjawiskami zapanować jakoś inaczej, tyle że stała samokontrola i ciągłe ograniczanie się wbrew sobie (żołądkowi / organizmowi) wywołują kolejne frustracje, więc może jednak…

Reasumując nie mam zdania. Internetowe guru do spraw tarczycy tj. Mary Shomon Hoodię poleca. A co Wy sądzicie na ten temat?

Na koniec jeszcze zestawienie kilku dostępnych i u nas suplementów na bazie Hoodii:

Hoodia Gordonii Plus

Jedna dawka (2 kapsułki) zawiera 400mg wyciągu z Hoodii, Garcinię Cambogię – wyciąg w ilości 50mg, 250 mg magnezu i 50 mg ekstraktu z zielonej herbaty. Cena ok. 149 PLN za miesiąc suplementacji.

Hoodiadrene
To już bardzo złożony suplement z witaminami (C, B6), magnezem, zieloną herbatą, ekstraktem z kakao, L-Tyrozyną, imbirem, metioniną i 400 mg wyciągu z Hoodii. Cena ok. 174 PLN za miesiąc suplementacji, ale tu zaleca się mega dawkę 6 kapsułek, wyliczyłam koszt dla 5 kapsułek, na stronie sklepu jest zastrzeżenie, że dawkę można dowolnie zmniejszać w zależności od reakcji organizmu.

Hoodia Balance

 

Zdecydowanie (chyba) najtańsza opcja – wychodzi ok. 112 PLN za miesiąc suplementacji. W składzie kapsułek sama Hoodia w ilości 750 mg.

 

Hoodia Chaser

To suplement w płynie, nie wiem ile mg Hoodii jest w jednej kropli (:-)), na stronie napisano, że zawiera (w domyśle porcja czyli zdaje się dzienna dawka) 400 mg wyciągu z Hoodii. Jeśli 60 ml wystarczy na miesiąc to ten suplement byłby najtańszy, bo kosztuje ok. 83 PLN.

Joga hormonalna

Joga hormonalna nie różni się niczym szczególnym od jogi tradycyjnej. To w gruncie rzeczy jedynie zestaw asanów, które mają pobudzać gruczoły  do wydajniejszej (i intensywniejszej) produkcji hormonów.

Jak  działa? Trudno powiedzieć. Wiadomym jest, że działa (podobno, bo badań brak). Ja osobiście do jogi jako systemu ćwiczeń mam bardzo pozytywne podejście, bo choć nie jestem wyznawczynią żadnej ze wschodnich religii zauważam pozytywny wpływ tych ćwiczeń na organizm doświadczając to na sobie. Badania potwierdzają, że joga stabilizuje psyche*, ale czy podnosi poziom hormonów? Nie wiem. Nie znalazłam niezależnych publikacji, które by to potwierdzały. Jedyne badania skupione na najważniejszych hormonach,jakie udało mi się znaleźć i przejrzeć, zlecone zostały przez pomysłodawczynię i krzewicielkę zestawu ćwiczeń określanych mianem jogi hormonalnej, czyli przez samą Dinah Rodrigues.

Pozwólcie, że jedynie pokrótce opowiem o jodze. Nie będę zagłębiać się w szczegóły i tajniki metodologii i całej filozofii tego systemu. Znajdziecie je na stronie jogahormonalna.pl albo (jeszcze lepiej) w książkach napisanych przez Dinah Rodrigues (dla ułatwienia: link do Ceneo).

Kiedy warto ćwiczyć jogę hormonalną?

Przede wszystkim w okresie okołomenopauzalnym.
To coś w rodzaju odpowiednika hormonalnej terapii zastępczej, tyle tylko, że ćwicząc jogę poziom hormonów podnosimy naturalnie. Tj. najprawdopodobniej podnosimy, bo zjawiska tego nie potwierdzają żadne, niezależne, znane mi badania. Jeśli wiecie coś na ten temat lub dysponujecie źródłami byłabym wdzięczna za podzielenie się tą wiedzą w komentarzu.
Leczenie niepłodności, trądzik hormonalny, zaburzenia cyklu miesiączkowego czy uciążliwe PMS-y są wskazaniem do rozpoczęcia ćwiczeń.
Wskazaniem jest też niedoczynność tarczycy i tu mam najmniej wątpliwości, bo znane mi źródła (inne niż strony i książki poświęcone jodze hormonalnej) potwierdzają wpływ niektórych asanów (np. świecy) na pracę tarczycy.

Kiedy ćwiczyć nie można?

O nadczynności tarczycy i jodze wiem niewiele, na pewno asany pobudzające pracę gruczołu należałoby wykluczyć z zestawu ćwiczeń. Wskazane są natomiast wszystkie asany typowo relaksacyjne, o działaniu uspokajającym. Przeciwwskazaniem jest też okres ciąży, mięśniaki w obrębie macicy czy endometrioza. Ogólny zły stan zdrowia też raczej wyklucza podjęcie ćwiczeń – należałoby skonsultować się z lekarzem. Aktywne choroby nowotworowe i niektóre zmiany w piersiach również są poważnymi przeciwwskazaniami do uprawiania jogi.

A sama joga?

Prawie na pewno nie szkodzi o ile zachowamy zdrowy rozsądek i nie przesadzimy z ćwiczeniami tudzież oddawaniem się medytacjom. Jeśli zamierzamy ćwiczyć na poważnie konieczne jest nawiązanie kontaktu z jakimś guru – nauczycielem wprowadzającym w tajniki jogi, która jest w gruncie rzeczy dość zaawansowanym systemem filozoficzno – światopoglądowo – religijnym. Są tacy, którzy twierdzą, że joga nie jest systemem ćwiczeń dla człowieka wywodzącego się z naszego kręgu kulturowego i cywilizacyjnego, ale myślę, że akurat takie podejście jest już sporą przesadą.

Będąc ludźmi wolnymi możemy się przecież swobodnie rozwijać i uczyć, a nasze własne umysły i ciała szybko same „ocenią” wpływ jogi na codzienne funkcjonowanie.

* z abstraktu dostępnego w pubmed (http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/7843867) wynika, że hatha joga (czyli joga, w której medytacja opiera się na systemie ćwiczeń fizycznych) sprawia, iż osoby ją uprawiające są bardziej zadowolone z życia, mniej agresywne, bardziej stabilne emocjonalnie i znacznie lepiej radzą sobie ze stresem niż osoby, które jogi nie ćwiczą.


Pytania od Was

Drogie Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy – jeśli macie jakiekolwiek pytania odnośnie treści zawartych w blogu albo po prostu bezskutecznie poszukujecie jakichś informacji zachęcam do zadawania pytań poprzez formularz kontaktowy albo pod poszczególnymi postami. Staram się być na bieżąco z osiągnięciami medycyny i wszystkimi zagadnieniami związanymi z tarczycą i jej funkcjonowaniem. Być może będę w stanie Wam pomóc :-) . Odpowiedzi na pytania znajdą się w blogu tak, by wszyscy mogli na tym skorzystać.

Zachęcam też do dzielenia się własną wiedzą – myślę że to ważne bo skoro  lekarze nie zawsze są w stanie nam pomóc wymiana wiedzy i doświadczeń tym bardziej  zyskuje na znaczeniu :-) .

3 sposoby na niedoczynność tarczycy

Niedoczynność tarczycy, to schorzenie, które zazwyczaj dopada ludzi dorosłych. Najbardziej narażone są kobiety, w wieku od 40 do 60 lat. Choroba ta polega na zbyt małym wydzielaniu hormonów przez tarczycę. Ma to negatywny wpływ na nasz organizm i może wywołać skutki takie jak senność, zmęczenie oraz odczuwanie zimna, nawet podczas ciepłych dni. Charakterystycznymi objawami niedoczynności tego gruczołu są także obrzęki twarzy oraz rąk, zmiana barwy głosu czy zesztywnienie stawów. Co ciekawe, w przypadku tej choroby obniża się nasz apetyt, lecz waga nie maleje. Zdarza się często, że pacjenci tyją mimo spożywania mniejszej dawki kalorii.
Walka z tą chorobą jest żmudna, jednak warto się zmobilizować i podjąć wyzywanie. Poniżej przedstawiam 3 główne zabiegi, które pozwolą nam cieszyć się pełnią życia, bez względu na choroby tarczycy.

1. Leczenie hormonalne


Z racji, że niedoczynność tarczycy to choroba o podłożu endokrynologicznym, to jedyną wskazaną metodą leczenia, jest uzupełnianie organizmu w brakujące hormony. Podstawą do określenia linii walki z tą dolegliwością są badania zawartości hormonów TSH, ft3 i ft4 we krwi. Wynik tychże badań, determinuje typ niedoczynności oraz sugerowane środki farmakologiczne, których celem jest poprawa stanu zdrowia.
Leczenie niedoczynności tarczycy polega na uzupełnianiu brakujących hormonów do standardowego poziomu. Zazwyczaj podawane są one w formie środków doustnych. Warto pamiętać, że przypadłość ta dotyczy osób w średnim wieku i starszych, a więc zagrożonych chorobami serca. Dlatego, w celu zminimalizowania ryzyka choroby wieńcowej, kurację należy rozpocząć od małych dawek preparatów hormonalnych i, w razie potrzeby, stopniowo ją zwiększać. Celem uzupełniania hormonów jest przywrócenie naturalnego ich wydzielania. Jednak są przypadki, w których stan nie ulegnie poprawie. Takim przypadkiem jest choroba Hashimoto. Cierpiący na nią ludzie, zmuszeni są do przyjmowania preparatów hormonalnych do końca życia.
Najczęściej stosowanym środkiem jest L-tyroksyna. W większości przypadków, wizyta u endokrynologa nie jest konieczna. W zupełności wystarczy konsultacja z lekarzem rodzinnym, który powinien dostosować dla nas odpowiednią dawkę. W momencie, gdy pacjent cierpi na inne schorzenia, zdecydowanie warto wybrać się do specjalisty. On zdecydowanie lepiej dobierze specjalną dawkę leku. Tyczy się to szczególnie osób, które mają problemy z sercem. Kobiety, które podczas leczenia zajdą w ciąże, muszą pamiętać aby koniecznie udać się do lekarza. Wymagane jest bowiem zwiększenie dawki leku. Niezastosowanie się do tego zalecenia może być groźne dla matki oraz dziecka, które może mieć konsekwencje w postaci zaburzeń rozwoju fizycznego oraz psychicznego. Każdy organizm inaczej reaguje na leczenie, więc należy stale kontrolować wpływ farmaceutyków na organizm. Zaleca się wizyty co ok. 8 tygodni. Jeżeli wyniki będą zadowalające, to można zalecić jedynie kontrolę, która powinna być przeprowadzona 2 razy w roku.
Pomocne w leczeniu farmakologicznym mogą być także preparaty bogate w jod. Jedną z przyczyn niedoczynności tarczycy są niedobory tego pierwiastka, więc jego suplementacja może przynieść zadowalające rezultaty.

2. Profilaktyka


„Lepiej zapobiegać, niż leczyć” – hasło to, dobrze znane z telewizyjnych reklam, ma silne odbicie w rzeczywistości. Profilaktyka to podstawa w walce z większością zaburzeń działania organizmu. Ale jak bronić się przed chorobami układu hormonalnego, np. niedoczynnością tarczycy? Wiele zrobić nie możemy, bo w grę wchodzą jedynie regularne badania. Dzięki nim możemy wcześnie wykryć objawy problemów z tarczycą. A przecież doskonale wiadomo, że łatwiej wyleczyć chorobę w jej wczesnym stadium. Podjęcie leczenia w odpowiednim czasie spowoduje, że przypadłość ta nie odbije się szerokim echem w naszym organizmie.

3. Odpowiednio zbilansowana dieta


Wiele schorzeń wywołane bywa niedoborem lub nadmiarem pewnych składników diety. Dlatego, aby uniknąć problemów, warto zbilansować dietę tak, aby dostarczała wszelkich niezbędnych składników w odpowiednich ilościach.
W celu uniknięcia problemów z tarczycą, powinniśmy uważać na produkty takie jak kapusta, brukselka, groch, fasola, rzepa, orzeszki ziemne oraz gorczycę. Dlaczego? Otóż spożywanie wyżej wymienionych ma negatywny wpływ na przyswajanie jodu, który ma bardzo duży udział w prawidłowym funkcjonowaniu gruczołu tarczycy.
Choroby takie jak niedoczynność tarczycy cechują się tym, że bardzo trudno ich uniknąć. Możemy jednak starać się zapobiegać i leczyć, chociaż nie jest to przyjemne. Warto więc regularnie badać swój organizm, być może uda nam się odpowiednio szybko wykryć problem i zwalczyć go już w zarodku. Dzięki takiemu podejściu unikniemy wielu komplikacji zdrowotnych, które mogą mieć niebagatelny wpływ na nasz organizm.

Niedoczynność tarczycy – dieta, leczenie, joga hormonalna?

Żadne z powyższych nie powinno być traktowane jako jedyna alternatywa. Niedoczynność tarczycy należy leczyć, leczenie trzeba wspomagać dietą (a na pewno przestrzegać zaleceń odnośnie unikania pokarmów wolotwórczych), do tego można dodać jogę hormonalną, której działania co prawda nie udowodniono, ale kto wie czy rzeczywiście nie wpływa ona pozytywnie na pracę tarczycy? Moim skromnym zdaniem warto się przekonać i warto wypróbować wszystkie dostępne (i nieszkodliwe) sposoby na poprawę pracy gruczołu, bo życie z niedoczynnością jest na tyle uciążliwe, że opłaca się zrobić wszystko by poprawić jego jakość.
Jodze hormonalnej poświęcę niedługo osobny artykuł (w świetle tego, co dotychczas udało mi się ustalić wpływ jogi na pracę tarczycy wydaje się być bardzo hm.. obiecujący). Przyjrzyjmy się tymczasem zależnościom pomiędzy dietą a leczeniem.
Sama dieta może spowodować niedoczynność tarczycy. Leczenie w tym przypadku wymagałoby jedynie zmiany nawyków dietetycznych, ale oczywiście ta zależność nie jest tak jednoznaczna. Większość z nas nie stosuje diet, na których opierano „tarczycowe” eksperymenty, chociaż….

Soja wszędzie wokół

Wszystkie, no może niemal wszystkie produkty spożywcze (gotowe) sprzedawane w sklepach zawierają soję lub jakieś jej pochodne. Kupując zwykłą czekoladę znajdziemy w niej najprawdopodobniej lecytynę sojową. Sama soja wciąż reklamowana jest jako produkt, który stanowi najlepsze źródło białka – źródło alternatywne dla mięsa. Nie zdając sobie sprawy z faktu, iż soja jest jedzeniem wolotwórczym faszerujemy się nią nie wiedząc nawet w jakim stopniu. Ja osobiście od kilkunastu miesięcy bardzo wnikliwie studiuję etykiety kupowanych produktów i niestety, załamuję ręce, we wszystkim jest dodatek soi. Przestałam nawet kupować wędliny, bo znalezienie wędlin bez sojowych dodatków graniczy z cudem.
Dlaczego piszę o soi? Wszędzie podkreśla się jej zalety zdrowotne, gdzie się nie obrócić pisze się o bardzo pozytywnym wpływie soi na wszystko – dlaczego nikt przy okazji nie informuje, że soja jest pokarmem wolotwórczym? Dlaczego nikt nie pisze o eksperymentach przeprowadzanych przez Japończyków, którzy udowodnili, że spożywanie dużych ilości soi wywołuje niedoczynność tarczycy? Dlaczego nikogo nie ostrzega się przed tym zjawiskiem? Owszem, spotkamy odnośne zastrzeżenia w publikacjach dotyczących niedoczynności tarczycy, ale kiedy interesujemy się tymi publikacjami? Już po fakcie, po gehennie, którą funduje nam nasza służba zdrowia – wielu lekarzy nie potrafi nas nawet solidnie zdiagnozować (gdzie jesteś nasz rodzimy House’ie!). Ostrzeżenia trafiają więc do nas za późno, jak przysłowiowa musztarda po obiedzie, a wcześniej wręcz zachęca się nas do działania wbrew własnemu zdrowiu, i co z tego? Ano nic, zjadamy soję, więc przemysł spożywczy ma rynek zbytu, a potem leczymy się na niedoczynność tarczycy – zapewniamy zbyt produktom przemysłu farmaceutycznego.

I tak się to wszystko kręci, szkoda tylko, że płacimy za to nie tylko pieniędzmi, ale i naszym życiem. Pieniądze – rzecz nabyta, ale kto odda nam naszą energię, włosy? Kto przywróci gładkość skórze i sprawi, że opuści nas permanentne uczucie zimna? Ani sprzedawcy soi, ani przemysł farmaceutyczny, ani lekarze – bo niewielu z nich pomóc potrafi. Wygląda na to, że jeśli chodzi o niedoczynność tarczycy leczenie tak czy inaczej musimy podjąć sami. Zaczynając od filarów i stopniowo zdobywając kolejne przyczółki tj. egzekwując swoje prawa w przychodniach, eksperymentując z dietą i suplementami, czy wreszcie wykorzystując wszystkie te metody, które konwencjonalna medycyna neguje, a nauka traktuje z przymrużeniem oka. Mówię w tej chwili o jodze, która…. kto wie … a nuż zadziała.