Problem wagi a raczej nadwagi interesuje mnie szczególnie, a to dlatego, że jakoś nie mogę pogodzić się z tym, by pani nastrojów zmieniała wyraźnie moją fizyczność. Tak czy inaczej zmienia, ale wcale nie muszę jej na to pozwalać i nie chcę pozwolić tym bardziej, że będąc lżejszą lżej się czuję, lepiej funkcjonuję, łatwiej mi ze sobą wytrzymać i łatwiej nad sobą panować. Niedoczynność tarczycy powoduje przybieranie na wadze i utrudnia odchudzanie. To pewne, pewne jest więc również i to, że trzeba leczyć tę chorobę by takie zjawiska wyeliminować. Z drugiej strony jednak za naszą nadwagę mogą odpowiadać i inne rozregulowane mechanizmy. Jakie?
Sporo czytałam ostatnio na ten temat i postanowiłam znowu poeksperymentować pod kątem diety co oczywiście nie jest łatwe, bo trudno ot tak sobie odkryć wszystkie zależności, które rządzą organizmem, nawet jeśli jest to mój własny organizm. Oto co trzeba mieć na uwadze:
Hormony, hormony i jeszcze raz hormony
Co ciekawe hormony tarczycy akurat w tym przypadku wcale nie są tymi najważniejszymi. Owszem ich niedobór wpływa na taką a nie inną przyswajalność i przetwarzalność pokarmów, ale w gruncie rzeczy naszym metabolizmem i wszystkimi innymi przemianami zawiaduje co najmniej kilka innych hormonów, a kortyzol, insulina i leptyna odgrywają ostatnimi czasy rolę najważniejszą.
O co chodzi z tym kortyzolem?
Pewnie doskonale wiecie, że to hormon stresu. Kiedyś wytwarzaliśmy go zazwyczaj w takich sytuacjach, w których aktywność związana z zagrożeniem wskutek którego w organizmie pojawiał się kortyzol pozwalała ten hormon neutralizować (powiedziałabym, że np. na skutek ucieczki, walki albo w trakcie leczenia odniesionych ran kortyzol się zużywał i nie oddziaływał jakoś szczególnie ani tym bardziej długofalowo na całe ciało). Dziś tak się nie dzieje, bo nie ma ku temu odpowiednich warunków. Cóż, odczuwając stres można by rzucić się na przykład do ucieczki, ale byłoby to co najmniej dziwaczne zachowanie, zresztą do produkcji kortyzolu przyczyniamy się ponoć i my sami, a dzieje się tak dzięki głodówkom i morderczym ćwiczeniom (po 2h aerobów dziennie? litości! wierzcie mi znam osoby, które się tak katują), które organizm odbiera jako zagrożenie. No dobra, ale co z tego? To, że kortyzol blokuje spalanie tłuszczu, a nawet sprawia iż kolejne jego pokłady odkładają się na brzuchu. W prostej linii głupie diety i nadmiar intensywnych ćwiczeń mogą więc prowadzić do otyłości.
Co ma do tego insulina?
Jak zapewne wiecie insulina wytwarzana jest przez trzustkę. Sygnał niezbędny do jej wytworzenia wysyła glukoza, a właściwie wzrost stężenia glukozy we krwi do którego dochodzi do posiłku. Insulina jest niejako dysponentem składników odżywczych dostarczanych wraz z posiłkiem, a nasz problem tkwi w tym, że coraz częściej zapadamy na tzw. insulinoodporność, która sprowadza się do tego, że prawidłowe działanie insuliny zostaje zablokowane, hormon przestaje rozdysponowywać składniki odżywcze wg normalnego rozdzielnika, a generowane przezeń sygnały skłaniają organizm raczej do upychania tych składników w podskórnej tkance tłuszczowej. Insulinoodporność odpowiada przy okazji za sporo chorób. Gospodarkę insulinową można jednak lekko wyregulować i to całkiem naturalnie, bo przy pomocy diety – najprostszy chwyt zmienić dietę na niskowęglowodanową i sytuacja powinna wrócić do normy.
Kolejny hormon: leptyna
Leptyna bezpośrednio wpływa na poziom tkanki tłuszczowej, z drugiej zaś strony jest ona przez tę tkankę wytwarzana. Im więcej leptyny w organizmie tym mniejsze skłonności organizmu do oszczędzania i zmieniania składników odżywczych w podskórny tłuszczyk. Gdy poziom leptyny drastycznie spada organizm zaczyna oszczędzać i pobudza apetyt. Rozwiązaniem i w tym przypadku wydaje się dieta niskowęglowodanowa, ale i to do czasu. Korelacji tych nie jestem w stanie przedstawić na tyle obrazowo i jasno, że raczej się tego nie podejmę, w każdym razie z chwilą, w której dojdzie do spadku poziomu leptyny i organizm zacznie oszczędzać można posłużyć się pewnymi roślinami zwierającymi enzymy umożliwiające pokonanie bariery odchudzania – bo tak właśnie nazywa się to zjawisko.
Reasumując: aktualnie przestawiam się na dietę nieskowęglowodanową, a co będzie dalej… zobaczymy
. Jeśli macie jakieś własne doświadczenia w tym względzie (skutecznego panowania nad wagą bądź odchudzania) namawiam do podzielenia się nimi w komentarzach.






